Dziś wychodziłam z domu dwa razy. Za każdym razem inaczej. Pierwszy raz, ubrana w to, co zazwyczaj - wygodna spódnica ołówkowa z bawełny + T-shirt. Zestaw niezawodny, którego znalezienie w szafie zajmuje mniej niż powiedzenie "Nie mam się w co ubrać." Skoro ubrałam się tak, jak zazwyczaj, to także czułam się tak jak zazwyczaj - codziennie, na standardowej trasie tramwaju, w drodze do najlepiej znanego sklepu, w którym rozkład produktów wyrecytuję z pamięci obudzona w środku nocy. Jadąc, zaczęłam się nad sobą zastanawiać. Tak mnie coś tknęło - czasem tak mam. Spojrzałam na siebie oczyma wyobraźni - szarość, niewyróżnianie się z tłumu, przeciętność. Te słowa przyszły mi jako pierwsze do głowy. I wiecie co? Ubodło mnie to. Poczułam ukłucie złości, a nawet odrobinę agresji. Myśli zaczęły mi krążyć szybciej (krew w żyłach zapewne też). Załatwiłam, co miałam do załatwienia i wsiadłam w tramwaj powrotny, obmyślając plan naprawczy. Szarość, niewyróżnianie się z tłumu, przecięt...