Przejdź do głównej zawartości

Posty

ByleJAKOŚĆ

Jeśli stojąc włożysz do ust kostkę czekolady i zapijesz ją łykiem gorącej wody, to tak jakby właśnie wypiłaś gorącą czekoladę, prawda?






Ostatnio często godzę się na taką bylejakość właśnie. Byle szybciej, byle dalej, byle z głowy. Czy ja naprawdę chcę mieć wypicie herbaty/gorącej czekolady z głowy? Odhaczyć i pójść dalej? Wiecie co, może i chcę?

Tłumaczę się brakiem czasu, nawałem obowiązków. Niedługo kataklizmy w odległej galaktyce uniemożliwią mi zjedzenie obiadu. "Bo przecież tam jest gwiezdna burza, zatem jak ja mogę tutaj spokojnie jeść te ziemniaki?!" Zawsze znajdzie się dobra wymówka, żeby zamiast kolacji zjeść pierniki. "Przecież to pranie samo się nie poskłada!", "Nie wiem, co mam zjeść, nic nie ma w tej lodówce, za dużo roboty z tym włączaniem piekarnika!"

Dni coraz bardziej zaczynają przypominać stronę z kalendarza z okienkami do odhaczania.

matko, ale wcześnie, czy ja naprawdę muszę już wstać?śniadanie lub cokolwiek, co można zjeśćdrzemka, Insta…
Najnowsze posty

Ranne ptaszki

Słowo „ranne” ma dwa znaczenia, prawda? Przypadek? Nie sądzę ;)
Latorośle mają to do siebie, że czasem budzą nas o dziwnych porach. Zazwyczaj nie jest to jednak 13, tylko np. 5 rano. Dzisiaj była to 5:54. Gdy latorośl zdecyduje jednak, że to tylko próbny alarm i wraca do łóżka spać, to ja wtedy mam dylemat. Wyjścia są dwa: 1)jak najszybciej wtulić głowę z powrotem w poduszkę i próbować zasnąć (z reguły kończy się to zaśnięciem, któremu towarzyszą koszmary, np. ostatnio gryzł mnie krokodyl w takim porannym śnie). A gdy już faktycznie się znów obudzimy po, tym razem, prawdziwym alarmie latorośli (zapewne przed 7), to jestem najbardziej niewyspanym człowiekiem świata 2)jest jeszcze drugie wyjście - wstajemy! I tak już jestem rozbudzona, więc wielkiej krzywdy nie ma, jednak po rachunku godzin snu, którego pospiesznie dokonuję na palcach jednej ręki, wydaje mi się, że to trochę głupie nie dać sobie jeszcze 37 minut więcej (nawet jeśli z koszmarami)
Dzisiaj wybrałam wyjście nr 2, kalkulując,…

Zawsze jest coś do roboty! Prawda? :)

Bardzo mnie zainspirował ostatni felieton Szymona Majewskiego dla "Zwierciadła". Majewski porusza w nim kwestię "bezsprawia", czyli stanu, w którym zrobiliśmy już wszystko, co mieliśmy do zrobienia i możemy w końcu oddać się... niczemu. W jakim tonie się wypowiada? Otóż informuje czytelnika uprzejmie, że "bezsprawie" nie istnieje. Szuka go bowiem od kilkudziesięciu lat i ZAWSZE jest jeszcze coś, co trzeba zrobić. Czasem już wydawałoby się, że jesteśmy krok od "bezsprawia", a tu nagle zza rogu wyłania się kolejna rzecz do zrobienia/kupienia/czy choćby myślenia o niej.

Dawno żaden felieton nie został w mojej świadomości na tak długo i nie myślałam o nim tak intensywnie jak w przypadku tej strony A4. To była naprawdę jedna z najbardziej wartościowych stron A4, jakie przeczytałam. Moja miłość do "Zwierciadła" znów zakwitła.

Dochodzę do wniosku, że wniosek Majewskiego jest trafny i że ja też, mimo usilnych starań takiego "bezsprawia&q…

Walka z pokusami

Dzisiaj pół dnia spędziłam na przeglądaniu ofert kalendarzy adwentowych z kosmetykami. Analizowałam wszystkie wersje i marki dostępne na okolicznych rynkach i wcale nie ograniczałam swojego wyboru do Polski.

Dookoła mojej głowy jak wredna mucha krążyła jednak myśl: "Ostatnio używasz tylko naturalnych kosmetyków. Po co Ci 24 niespodzianki, spośród których tylko 2-3 będą miały skład, który Cię zadowoli? Po drugie: nie znasz zapachów tych kosmetyków (a w takich kalendarzach często są próbki perfum, kosmetyków do kąpieli, balsamów). Po trzecie: gdy stwierdzisz, że połowa i tak się do niczego nie nadaje, co Ty z tym wszystkim zrobisz? Wyrzucisz wydane pieniądze?"

Nie dało się przegonić tej wrednej muchy żadnym sposobem, choć próbowałam.

Jakie metody zastosowałam?
a) udawałam, że jej nie słyszę;
b) zagłuszałam ją jedzeniem;
c) robiłam przerwę na coś innego i dopiero po jakimś czasie wracałam przed ekran komputera;
d) wmawiałam sobie, że ja naprawdę potrzebuję jednego z tych kalend…

Dokąd tak biegniesz?

Często zadajecie sobie pytanie z tytułu? Ja prawie nigdy.



Posiłki jem w pośpiechu. Z przyzwyczajenia.

Makijaż zmywam w pośpiechu. Bo przecież trzeba szybko iść spać.

Kąpię się w mig. Wszak uciekają mi minuty snu!

Na autobus biegnę z wywieszonym językiem, choć następny będzie za 7 minut. Bo tak.

Na maile odpisuję najszybciej, jak się da. Bo przecież ktoś czeka na odpowiedź!

Książki pożeram w błyskawicznym tempie. Tyle ich jeszcze do przeczytania!

Herbatę dopijam duszkiem. Już trzeba wychodzić/odpisać/czytać/sprzątać..

Zmywarkę ładuję w kilka minut. Bo nie lubię tego robić ;)


Jakiś czas temu diametralnie zmienił się mój tryb życia i już w zasadzie nie mam powodu, żeby tak pędzić, a jednak stare nawyki mnie ku temu pchają. Jem, śpię i żyję w pogoni za wskazówką zegarka.

Ostatnio przeczytałam gdzieś zdanie - po co się tak spieszysz, przecież wiesz, co jest na końcu. Czy to nie jest racja?
To zdanie uświadomiło mi jak żadne inne do tej pory, że życie nie polega na gonitwie, biegu, zadyszce…

"Dziewczyna z pociągu" by Paula Hawkins

Tak, pamiętam, gdy wystawy księgarń były zastawione w egzemplarzach tej książki. Całkiem dawne czasu to były. Wtedy jeszcze nie miałam czasu, żeby czytać dla przyjemności. Wróć - czas miałam, ale nie przeznaczałam go na czytanie dla przyjemności, bo moja lista priorytetów miała na górze inne pozycje.

Na szczęście z wiekiem człowiek idzie po rozum do głowy i krok po kroku te priorytety przestawia.

Dzięki temu ostatnio sięgnęłam właśnie po "Dziewczynę z pociągu", bo naczytałam się ochów, achów i, jak to ja, musiałam sprawdzić, czy są słuszne i nie na wyrost.

Czytanie rozpoczęłam w piątek wieczorem. Postanowiłam zacząć od 1-2 rozdziałów. Przeczytałam spokojnie i nie powiem, żebym nie mogła się oderwać. "Książka, jak książka" - pomyślałam - "nic nadzwyczaj trzymającego w napięciu".

Zostawiłam więc lekturę na sobotę.

Od rana, strona po stronie, rozdział po rozdziale zostałam wciągnięta w fabułę. Czytanie książek z kryminalnym motywem ani trochę do mnie nie pas…

Chciejstwo, instagramowy konsumpcjonizm, uzależenienie od rzeczy. Nazwijcie to, jak tylko chcecie.

Mam przemyślenia, z którymi biję się przez ostatni miesiąc.






Instagram to dla mnie świat pięknych obrazków, poukładanych od linijki światów, rzucanych niedbale listków (taa), świeczuszek, kawuni i kociaków, ale też zarazem Instagram to drzwi do konsumpcjonizmu, chciejstwa, uzależenienia od posiadania.




Gdy pewnego razu widząc kubek w sklepie zaczęłam się zastanawiać, czy go kupić (bo będzie ładnie wyglądał na Instagramie), to rozsądek uderzył mnie w czoło. Popukał mnie w głowę i naświetlił parę spraw.

Nie potrzebuję nowego kubka.
Nie piję kawy.
Gdy go ułożę na świeżo pościelonym łóżku, to na pewno zawartość rozleje się na pościel.
Dlaczego u mnie to tło jest zawsze takie niewyraźne?
Dlaczego nie potrafię się skupić na jakiejś spójności?
Jutro będzie padać, więc i tak nie będzie dobrego zdjęcia.
Przydałaby się do tego kubka miseczka z owsianką, a ja nie mam malin i borówek ---> trzeba kupić maliny i borówki (?!)
Przydałyby się jakieś inne gadżety - skąd ja je wezmę, gdzie kupię, kiedy…