Przejdź do głównej zawartości

Jak patrzysz na siebie o poranku?

Dziś wychodziłam z domu dwa razy. Za każdym razem inaczej.

Pierwszy raz, ubrana w to, co zazwyczaj - wygodna spódnica ołówkowa z bawełny + T-shirt. Zestaw niezawodny, którego znalezienie w szafie zajmuje mniej niż powiedzenie "Nie mam się w co ubrać."
Skoro ubrałam się tak, jak zazwyczaj, to także czułam się tak jak zazwyczaj - codziennie, na standardowej trasie tramwaju, w drodze do najlepiej znanego sklepu, w którym rozkład produktów wyrecytuję z pamięci obudzona w środku nocy.

Jadąc, zaczęłam się nad sobą zastanawiać. Tak mnie coś tknęło - czasem tak mam. Spojrzałam na siebie oczyma wyobraźni - szarość, niewyróżnianie się z tłumu, przeciętność. Te słowa przyszły mi jako pierwsze do głowy. I wiecie co? Ubodło mnie to. Poczułam ukłucie złości, a nawet odrobinę agresji. Myśli zaczęły mi krążyć szybciej (krew w żyłach zapewne też). Załatwiłam, co miałam do załatwienia i wsiadłam w tramwaj powrotny, obmyślając plan naprawczy.

Szarość, niewyróżnianie się z tłumu, przeciętność? To nie są słowa, którymi chcę być określana.


Do mieszkania wparowałam w tempie błyskawicy. Zrzuciłam wygodną ołówkową spódnicę i szary T-shirt. Wskoczyłam raz jeszcze pod prysznic, znalazłam najładniej pachnący żel, jaki mam i postanowiłam zmyć z siebie te słowa.

Po dziesięciu minutach poczułam ulgę. Przetarłam zaparowane lustro, spojrzałam sobie prosto w oczy i... spodobało mi się to, co widziałam. Zadziorność, nonszalancja i energia. Dawno nie miałam takich oczu.

Stojąc przed szafą wybrałam sukienkę, którą miałam na sobie tylko w przymierzalni. Kurczę, wygnieciona, chyba trzeba wyprasować. Prasować? Ale że teraz? Nie wieczorem? Ale jak to? Chochliki w oczach znów się zaświeciły. Chwyciłam żelazko i do dzieła. Przy akompaniamencie muzyki wyprasowałam piękną suknię w maki w 5 minut i byłam z siebie bardziej niż dumna. Ani jednego zagniecenia.

Sukienka założona ("jest tak samo wygodna jak ołówkowa spódnica, chyba nawet bardziej"). Byłam o krok od włożenia sandałów (znanych z porannego outfitu), ale hola hola, przecież ja mam takie fancy buty na koturnie! Buty na stopy. 5 cm do wzrostu i 5 pkt do samooceny. Biżuteria? Serio? Tak w dzień? Przymierzyłam chyba wszystko, co mam, zanim się zdecydowałam. Fryzura - "ale mi wygodnie w tym kucyku!" (siliłam się na protesty). Gumka wylądowała na szafce nocnej, a ja zdałam sobie sprawę, jak bardzo mi ostatnio urosły włosy. Szminka? "To już by była przesada" - myślałam, jednocześnie nakładając na usta mój ulubiony kolor. Gdy spojrzałam w lustro, w niczym nie przypominałam siebie z rana. W niczym. Nawet oczy miałam inne.

Gdy zamykałam drzwi od domu, serce biło mi szybciej niż zwykle. Miałam wrażenie, że zostawiłam coś w mieszkaniu. Czyżby poczucie bezpieczeństwa i strefę komfortu? Zerknęłam na siebie niepewnie w lustrze w windzie. "A może to przesada tak się stroić?" Dopadły mnie wątpliwości. Zniknęły, gdy tylko usłyszałam dźwięk sygnalizujący parter i otworzyły się drzwi. Wyszłam na zewnątrz, poczułam ciepłe promienie lata na twarzy i uświadomiłam sobie, że właśnie stoczyłam ze sobą małą walkę. I ją wygrałam.

Postanowiłam pójść na spacer zamiast wsiąść do tramwaju. Wybrałam się nad rzekę. Zamiast lunchu, do którego jestem przyzwyczajona i którego smak doskonale znam wybrałam coś zupełnie innego. (Było smaczne! Dziwne, prawda?!) Przechadzając się, patrzyłam na kobiety, ich zachowanie, ubiór. Nie ja jedyna wyszłam dziś rano z domu jako szara przeciętna myszka. Głowy spuszczone w dół, czarne i szare ubrania o 3 rozmiary za duże, szybki krok. Ja byłam dokładnie taka sama, jeszcze dziś rano.

W przypływie energii kupiłam nowe etui na telefon, które macie okazję podziwiać na Instagramie. Jeszcze wczoraj, przedwczoraj, tydzień, miesiąc temu nawet bym na nie nie spojrzała, uznając jako szczyt kiczu. Dziś było inaczej. Róż, brokat i szminka to to, co dodało mi pewności siebie. (Jeśli Ty uważasz, że to etui jednak jest szczytem kiczu - wiedz, że szanuję Twoją opinię, ba, nawet ją poniekąd rozumiem! ;))

Chyba nie muszę pisać, jak bardzo ewoluowało moje samopoczucie od dzisiejszego poranka. Życzę tylu samonapędzających się endorfin każdej kobiecie. Nie wiedziałam, że mam w środku tak prężnie pracującą fabrykę hormonów szczęścia.

A Ty? Jak Ty wyszłaś dziś z domu? Jaki był Twój krok, co działo się w Twojej głowie? Pomyśl o tym jutro rano, zamykając za sobą drzwi.




Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Walka z pokusami

Dzisiaj pół dnia spędziłam na przeglądaniu ofert kalendarzy adwentowych z kosmetykami. Analizowałam wszystkie wersje i marki dostępne na okolicznych rynkach i wcale nie ograniczałam swojego wyboru do Polski.

Dookoła mojej głowy jak wredna mucha krążyła jednak myśl: "Ostatnio używasz tylko naturalnych kosmetyków. Po co Ci 24 niespodzianki, spośród których tylko 2-3 będą miały skład, który Cię zadowoli? Po drugie: nie znasz zapachów tych kosmetyków (a w takich kalendarzach często są próbki perfum, kosmetyków do kąpieli, balsamów). Po trzecie: gdy stwierdzisz, że połowa i tak się do niczego nie nadaje, co Ty z tym wszystkim zrobisz? Wyrzucisz wydane pieniądze?"

Nie dało się przegonić tej wrednej muchy żadnym sposobem, choć próbowałam.

Jakie metody zastosowałam?
a) udawałam, że jej nie słyszę;
b) zagłuszałam ją jedzeniem;
c) robiłam przerwę na coś innego i dopiero po jakimś czasie wracałam przed ekran komputera;
d) wmawiałam sobie, że ja naprawdę potrzebuję jednego z tych kalend…

Zawsze jest coś do roboty! Prawda? :)

Bardzo mnie zainspirował ostatni felieton Szymona Majewskiego dla "Zwierciadła". Majewski porusza w nim kwestię "bezsprawia", czyli stanu, w którym zrobiliśmy już wszystko, co mieliśmy do zrobienia i możemy w końcu oddać się... niczemu. W jakim tonie się wypowiada? Otóż informuje czytelnika uprzejmie, że "bezsprawie" nie istnieje. Szuka go bowiem od kilkudziesięciu lat i ZAWSZE jest jeszcze coś, co trzeba zrobić. Czasem już wydawałoby się, że jesteśmy krok od "bezsprawia", a tu nagle zza rogu wyłania się kolejna rzecz do zrobienia/kupienia/czy choćby myślenia o niej.

Dawno żaden felieton nie został w mojej świadomości na tak długo i nie myślałam o nim tak intensywnie jak w przypadku tej strony A4. To była naprawdę jedna z najbardziej wartościowych stron A4, jakie przeczytałam. Moja miłość do "Zwierciadła" znów zakwitła.

Dochodzę do wniosku, że wniosek Majewskiego jest trafny i że ja też, mimo usilnych starań takiego "bezsprawia&q…